Tarkus pisze:
(...)Coraz częściej mam nieodparte wrażenie, że najlepiej byłoby mi absolutnie samemu. Bez nikogo, o kogo trzeba się troszczyć, bez jakichś zbędnych wyższych i wzniosłych uczuć. Wystarczyłby domek na zupełnym pustkowiu z telewizorem, odtwarzaczem CD / DVD, komputerem z internetem i mnóstwem książek. That's my idea of happiness. No, jeszcze ewentualnie pies albo kot, żeby było z kim podyskutować i tyle. Ludzie mnie wkurviają. In gremio.
Są takie chwile, kiedy myślę i czuję tak, jak Ty teraz. Przyjaciele zawodzą, ludzie przytłaczają głupotą i wszystko zdaje się być na odwrót w stosunku do tego, co sobie zaplanowałam. Potem całkowicie się alienuję - z książką, nie dopuszczam przyjaciół ni znajomych, uciekam od świata w szeroko pojęty sposób... i zaczyna mi brakować. I zaczyna mi się marzyć: żeby mieć z kim marzyć, żeby móc poczytać z kimś książkę, żeby mieć z kim pójść do kina/na spacer/do teatru/dokądkolwiek w gruncie rzeczy. Byle razem. I nie o to chodzi, że nie potrafię/nie chcę robić tego sama. Ale - powiedzmy sobie szczerze - inaczej jest z kimś: przyjaciel, partner/partnerka, a inaczej w samotności. Te dwie jakości są nie do porównania, obie wnoszą coś zupełnie innego. Pozostaje próba zachowania równowagi.
Wiem, że wiesz, ale: nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Życzę szybkiego wyjścia z zakrętu.