Uwaga, dojrzałam chyba, zeby napisać coś niecoś o Tunezji.
Minął mi chyba szok popowrotowy ;)
Jeśli kogoś boli wszystko od czytania wywnętrzeń typu "jak było cudownie" i robi mu się od przesłodzonych relacji, to niech nie czyta, albo niech czyta, ale się czuje ostrzeżony ;) Będą zdjęcia ;)
No więc... trzeba by zacząć od tego, ze były to po wyjeździe do Stanów jakieś 11 lat temu, jedne z najlepszych moich wakacji! ;)
Wszystko było si. Tunezja to piękny kraj. Ludzie (a spotykałam różnych i nie tylko w hotelu) bardzo mili i przyjaźnie nastawieni. Turysta jest wyjątkowo szanowany i nikt mu krzywdy raczej nie zrobi. Tym bardziej, ze jest to niezmiernie bezpieczny kraj, z racji dużej ilości policji i wojska, choć jak zapewniał nas przewodnik Tunezja nie jest państwem policyjnym.
Najlepszy przykład, żeśmy się, matołki, w 6 osób wybrali do Portu El Kantaoui z przesiadką w Sousse ok. godz. 20.00, a potem ok. 12 w nocy łaziliśmy po dalekich od centrum ulicach Sousse (dokąd dojechaliśmy autobusem łapiąc go na stopa) w poszukiwaniu taxi lafarge. A pózniej jechaliśmy o 1.00 w nocy taksówką, która wiozła nas nielegalnie po bezdrożach, gdzie na drogowskazach były już tylko robaczki, a i tak 2 razy złapał nas patrol ;)
Pobyt w hotelu zaczął się od przemiłego powitania przez kolegę Marcina i jego dziewczynę. (
Tu ja w holu recepcyjnym parę dni później)
Marcin był kochany i okazał się fajnym kompanem przez cały wspólny pobyt. Na wstępie poszedł z nami do pokoju, upewnił się, ze pokój jest w porządku, że nie odbiega od innych i że wszystko jest ok. Na szczęście od razu trafił się nam pokój z widokiem na morze.
- Tu mała panorama - widok na morze od innej strony niż na wieczorne animacje z widokiem na hotel Amir Palace o 1* wyżej od naszego. Rano galopowali po plaży ludzie na koniach - jeleń na rykowisku przy tym wysiada ;)
A tu widok na naszą część hotelu z ogrodu Amir Palace
Jesli chodzi o sam hotel, to choć stary to odnawiany i naprawdę przyjemny, szczególnie, jak ktoś nie zasugeruje się tymi czterema gwiazdkami. Mnie było dobrze. Jedzenie pyyyyszne, no mniam. Podział na jedzenie europejskie i ichniejsze (mniej słone i przyprawione). Na deser zawsze arbuzy, melony, przepyszne (serio!) kremowe ciasta i rewelacyjne lody. Zasada - jedz aż pękniesz. I zawsze gdy coś się skończyło pojawiała się nowa porcja. Jadłam jak smok. Na szczęście animatorzy dbali o to, byśmy się ruszali ;) Codziennie poranna gimnastyka, 2 razy dziennie siatkówka plażowa, aqua-aerobic, rzutki i tenis stołowy. Wzięłam ze sobą 3 książki, a nie skończyłam nawet jednej ;)
Basen miodzio.
Zdjecie 1 i
zdjęcie 2. Basen główny miał 3,00 m głębokości, mniejszy ok 1,20, no i był tez brodzik dla dzieciaczków. Zaraz za basenem zejście na piękną, piaszczystą i szeroką plażę.
Tu panorama od strony morza na hotel akurat
Jak się dość szybko dowiedziałam, na terenie hotelu oprócz hotelowej policji jawnej krażyli również tajniacy, którzy pilnowali, by nikt nikomu nic nie ukradł. Można było zostawić wszystko na plaży z rana i cały dzień nikt tego nie ruszył. Strasznie fajna sprawa. Dla mnie nowość. Zawsze do plaży miałam pół godziny piechotą i robiła się z tego wyprawa. A tu mogłam pływać raz w morzu (czyste z rybkami i krabikami w ślicznych muszlach) raz w basenie. Miooodzio :) A i do barku można było podreptać po drinka prosto z plaży.
No a wieczorem było bingo (w zależności od prowadzącego czasem nawet po polsku - pięszeszą szesz ;) ), a potem konkursy przedstawienia itp. No a od 23 dyskoteka ;)
Poza hotelem odbyliśmy cudowną, niezapomnianą wycieczkę na Saharę z noclegiem w oazie, piciem i jedzeniem miejscowych specjałów, zwiedzaniem rzymskiego amfiteatru w dawnym Thysdrussie (El Jem), oglądaniem wschodu słońca na Wielkim Słonym Jeziorze, odwiedzinami w domu Berberów, przejażdżką na wielbłądach i Land Cruiserami po Ergu Wschodnim. Nie da się opowiedzieć, pokażę symbolicznie 2, 3 zdjęcia ale mam ich całe mnóstwo. Jak wywołam to pokaże przy okazji ;)
Ja i całe 1200 km, które przebyliśmy w 2 dni zaznaczone na mapie
Nasza karawana BTW piasek Sahary jest tak miałki, że przelewa się jak woda.
Ja i mój wierny wielbłąd w czasie postoju Był ogromny, i największy w stadzie... i miał za poganiacza strasznego jajcarza ;)
Jedno z nielicznych ostrych zdjęć z Land Cruisera ;) Nakręciliśmy kierowcę i jeździł jak wariat, a my byliśmy tym szczęśliwsi im bardziej nami trzęsło. Wszystkie górki nasze ;) A jak jechaliśmy trasą rajdu Paryż-Dakar i docisnął gaz, tośmy sie cieszyli jak szaleni ;)
Wschód Słońca nad Słonym Jeziorem
A mówiłam już, że odwiedziliśmy również baaardzo odległą galaktykę??? Jak przystało na porządną fankę, szalałam po całym miasteczku aż mnie siłą zaciągnęli do Land Cruiserów, bo trzeba było ruszać dalej ;)
Było jeszcze mnóstwo różnych innych atrakcji, zdjeć zrobiłam multum i wszystkich nie wywołam, bo bym zbankrutowała. W każdym razie szczerze polecam, bawiłam się cudownie. Poznałam mnóstwo fajnych ludzi. W hotelu było sporo Polaków, ale przyjaźnie były też zawierane między innymi narodami, głównie w czasie gry w siatkówkę.
Raz nawet doznałam dziwnego uczucia bycia osobą znaną i rozpoznawaną ;) Chłopcy się zorientowali, ze scena mnie nie stresuje i wyciągnęli mnie do zabawy na jednej z animacj. A ja oczywiście na luzie poszłam i bardzo dobrze się bawiłam. Potem ludzie się do mnie uśmiechali, machali, pozdrawiali itp. a ja czułąm się wyjątkowo abstrakcyjnie, bo wielu w ogóle nie kojarzyłam ;) I raz wygrałam w bingo 10 dinarów. W sumie przegrałam co prawda 20, ale co tam ;)
Jeśli ktoś chce jechać do Tunezji to polecam. I polecam biuro - Eximtours.
Pomijając całość, na sam koniec zachowali się świetnie. W ostatni dzień - sobotę, mieliśmy wymeldować się o 12.00, zostawić bagaże w przechowali i czekać do 2.00 nad ranem na transfer na lotnisko, ale okazało się, ze zmieniły się godziny lotu (o marne 6h w sumie) ale biuro przedłużyło nam pobyt i rano w niedzielę, po normalnie spędzonej sobocie mogliśmy z miłymi wspomnieniami, acz z żalem opuszczając nasz hotel wyruszyć na lotnisko.