|
Jako, że miałem trochę wolnego postanowiłem nadrobić zaległości i pograć trochę.
Tortuga: Two Treasures
Singlówa, odmienna od Pirates!, a jednocześnie nieco podobna. Pętamy się po Karaibach typem o nazwisku Thomas Blythe, któremu ktoś zarąbał statek. Ów Thomas pracuje dla Czarnobrodego, który szuka skarbu niejakiego Henry Morgana. Towarzyszyć nam będzie Sangua, kapłanka Mamman (chyba nic nie pokręciłem) - bóstwa voodoo - i kochanka Thomasa. W międzyczasie poznajemy okoliczne wyspy, ciekawych ludzi (zazwyczaj są to żołnierze floty Jej Królewskiej Mości), a potem ich zabijamy. Fabuła jest dość prosta, ale nie uderza o maksymalny banał. Czasem nawet jest śmiesznie.
O ile w Pirates! mogliśmy pływać gdzie nam się chciało, tutaj jest to ograniczone przez ramy fabuły. A raczej tzw. battlefield. Program wydziela pewien obszar, na którym powinna się toczyć bitwa i dalej nie popłyniemy. Co nie jest takie złe, biorąc pod uwagę mnogość raf, skał i innego dobrodziejstwa natury, z małymi wysepkami włącznie. Musimy szybko nauczyć się sterować statkiem tak, by zawsze być do przeciwnika z odpowiedniej burty (znaczy, tej z załadowanymi działami) inaczej marny nasz los, a rekiny tylko czekają by dobrać się do świeżego mięska. Dosłownie. Gdy po salwie, ktoś z załogi wypadnie za burtę natychmiast pojawia się urocze stadko rekinów czyhające na nieszczęśnika - oczywiście mamy opcję podebrania z wody jegomościa, ale trzeba się spieszyć, bo rekiny nie przywykły do negocjacji. Bitwy morskie są zrobione bardzo dynamicznie, mamy kilka rodzajów amunicji: masive canonballs - zwykła amunicja, chainshot - kule na łańcuchach do niszczenia omasztowania , grapeshot - zadaje mało obrażeń jednostce pływającej, ale rewelacyjnie kosi załogę i platebreakers - masywne kule, które z niesamowita siłą przebijają się przez poszycie i zadają kupę dmg. Jest też kilka znajdek, jak: naprawa statku, naprawa ożaglowania, wystrzał z obu burt (ale taki totalnie zmasowany) i - mój ulubiony - Kraken. O ile w walkach na morzu musimy wypracować sobie taktykę, o tyle na lądzie idziemy na "huraaa!". Większą trudność sprawiają tylko mini bossowie i bossowie, ale tu zawsze mamy kombosy jak kop w jajca, bezmyślna szarża czy kop w brzuch. Można też wystrzelić z pistoletu, ale liczba kul jest ograniczona.
Między kolejnymi misjami możemy skoczyć do sklepu i nabyć eliksiry leczące, znajdki morskie, proszek voodoo (usypia grupowo) i inne rzeczy.
Od strony graficznej gra prezentuje się całkiem miło, woda jest dobrze dopracowana (co prawda mógłbym się przyczepić do powtarzalności tekstury - Battle for Middle Earth to nie jest, ale wygląda nieźle), programiści zaoferowali nam kilka całkiem miłych widoczków, a statki wyglądają lepiej niż w Pirates!. Na lądzie nie jest już tak dobrze. Postaci poruszają się jakby połknęły kij od szczotki, a teksturom brakuje szczegółowości, do której przyzwyczaiły nas nowe produkcje.
Gra nie jest szczególnie rewelacyjna, ale fun z bitew morskich (mój rekord to bitwa z dwunastoma jednostkami na raz) w pełni rekompensuje niedociągnięcia.
Sympatyczny zapychacz czasu. 6/10
_________________ May the force be equal mass times acceleration.
|