|
Przeczytałam sobie Fionavarski Gobelin w końcu. Długo to trwało, ale cóż, takie mam tempo :] Trylogia pełnymi garściami czerpie z Tolkiena i mitu arturiańkiego, dochodzi do tego jeszcze kult Bogini i Rogatego Boga.
W ogóle kosmogonia – tak to się nazywa? – jest bardzo ciekawa. Mamy, o ile dobrze zapamiętałam, boginię Danę – od ziemi, boginię Ceinwen – od lasu i łowów, boga Mörnira – od nieba i Lernana – od morza. Poza tym mamy Machę i Czerwoną Nei-cośtam… (zapomniałam…) – od wojny. Poza tym jest Rakoth Maugrim – zły bóg dążący do podporządkowania sobie wszystkiego. I jeszcze andainowie – potomstwo zrodzone z boga i człowieka. Nad tym wszystkim panuje Tkacz, który stworzył wszystkie światy (Fionavar był pierwszym i najdoskonalszym ze światów, pozostałe są jego odbiciami) i tka ich losy. Fajnie została również przedstawiona kwestia wolnej woli i wyboru – Tkacz wprowadził do Tkaniny Dzikie Łowy – coś, czego on sam nie może kontrolować. To wprowadza nieprzewidywalność wydarzeń światach, nawet Tkacz nie ma na to wpływu i nie umie przewidzieć skutkow.
Pomysł wyjściowy polega na tym, że pięcioro ludzi z naszego świata zostaje przeniesionych do Fionavaru przez czarodzieja, rzekomo, żeby uświetnić królewską uroczystość (bodaj urodziny, albo coś w ten deseń – pierwszy tom był dawno :)) Oczywiście potem okazuje się, że każde z nich ma inną rolę do odegrania w Fionavarze, po kolei odkrywamy ich tajemnice. Najlepiej chyba polubiłam Kim i Kevina SPOILER i nie mogłam uwierzyć, kiedy zginął.. KONIEC. W ogóle drażniło mnie nieco, że na początku wszyscy z tarapatów wychodzili cało, za dużo deus ex machina było :]
Pomimo pewnej schematyczności i wtórnych pomysłów, trylogia wciąga. Czyta się ją z zapartym tchem, może nawet doprowadzić do łez.. I mimo tego, że uważam, że to najsłabsza z dotychczasowo przeczytanych Kay’ów, to jednak na tle innych książek podobała mi się bardzo. Tylko, że wątków fantasty mam teraz po dziurki w nosie i czytam sobie sf (Dębskiego „Upiór z playbacku” – w końcu coś porządnego :)))
Wracając do Gobelinu. Jak już wspomniałam, Kay czerpie z Tolkiena i legendy arturiańskiej. Z tego pierwszego mamy podział sił: „najważniejsze” ludy krainy Brenninu, dalrei będący ludem doskonałych jeźdźców na Równinie (kojarzyli mi się z Indianami, swoją drogą..) Niejaką nowością może być Cathal, który mi kojarzył się z „naszą” Turcją (bodaj..) i może Eridu. Co do ras, mamy również odpowiedniki elfów i orków. Są to odpowiednio lios i svart alfarowie. Podobnie jak u Tolkiena rasy te niejako wywodzą się z jednego korzenia (tak przynajmniej to odebrałam). Mamy również paraiko – starożytną rasę olbrzymów-pacyfistów, którzy też mi do niczego nie pasują :))
Z wątku arturiańskiego mamy przede wszystkim tragiczny trójkąt Artur-Ginewra-Lancelot, ale o dziwo tym razem bez konsekwencji. Jest również Taliesin.
SPOILER Dla mnie najsmutniejszym i zarazem najbardziej poruszającym wątkiem jest historia Dariena, syna Jennifer i Maugrima. Dziecko stojące przed ciągłym wyborem, którego opuścił najukochańszy brat, któremu nawet własna matka odmawia (pozornie) ciepła i schronienia w imię ważniejszej sprawy. I jednak w ostatniej chwili dokonujące tego właściwego wyboru, poświęcając siebie. To był dla mnie najsmutniejszy moment.. Ale łzy poleciały mi dopiero w momencie, gdy Jennifer dowiedziała się o wyborze syna – bardzo mi na tym zależało i tak się stało. KONIEC (Rany, ależ ja nie umiem pisać :P)
Istotnym zabiegiem jest również to, że każdy z piątki bohaterów, zyskując coś (moce, wiedzę, doświadczenie) równoczesnie coś traci. Każdy z darów to obosieczna i zdradliwa broń.
W każdym razie, przeczytałam już wszystko Kaya, co ukazało się w Polsce i chcę WIĘCEJ! Bo nawet stosunkowo najsłabszy Kay jest IMHO dobrą książką. Tylko, jeśli ktoś dopuści panią Żywno do tłumaczenia, to chyba wysadzę wydawnictwo :P O tłumaczeniu w odpowiednim temacie :]
To co, Oh-reen, zakładamy temat? :))
I jeszcze: pisalas kiedys cos o artykule/wywiadzie z Kayem, tylko, ze duzo spoilerów tam bylo. Czy moglabys mi podeslac?
_________________ ggadem lub emalią
|