|
Dość długo nie dzieliłam się wrażeniami z lektury. Pewnie to dlatego, że tak jakoś nie za zbytnio byłam pewna, że spodobają się Wam rozważania dotyczące kodeksów i komentarzy do nich, a potem miałam wiele innych kłopotów. Nie znaczy to jednak, że nie czytało się. Czytało, tylko niezbyt intensywnie i ze zmniejszoną uwagą.
W ramach nadrabiania zaległości przeczytało się „Mgły Avalonu”. Miałam wrażenie, że rzecz jest trochę przegadana. Nie chodzi mi tu o brak treści istotnych, absolutnie. Jednak momentami miałam wrażenie, że obcuję oto z pewną rozwlekłością narracyjną. Tym niemniej całość ma swoje zalety. Sposób pokazania przemijającego świata, by wreszcie zauważyć, że to nowe wcale nie jest takie diametralnie odmienne od tego starego, które odchodzi; ba, że można jedno z drugim pomylić nawet, jeśli patrzy się na to mądrymi, albo już starymi oczyma. Gdyby tylko nie ta przyciężkawa, momentami nużąca narracja, całkowicie pozbawiona choćby odrobiny (przynajmniej wartej zapamiętania) poczucia humoru. O wielkich sprawach można też pisać trochę lżej nic z ich wielkości nie roniąc.
Dalsze nadrabianie zaległości to U. K. Le Guin z trylogią o Ziemiomorzu. Tłumaczenie pierwszego tomu jest dziełem S. Barańczaka. Pamiętam, że kiedyś ktoś mi powiedział, że Barańczak może i jest świetnym tłumaczem, ale jeśli chodzi o poezję, proza mu nie idzie. Hmmm... faktem jest, że pierwszy tom czytało mi się najtrudniej. Właśnie ze względu nie na treść, a na sposób opowiadania. Nie znam oryginału, więc nie jestem w stanie się wypowiedzieć kategorycznie, ale ostatecznie dochodzę do wniosku, że to właśnie co sprawiło mi trudność przy czytaniu, stanowi element, który wyróżnia pierwszy tom spośród wszystkich. Czytałam to tak, jakbym słuchała japońskich starych pieśni. To zasługa właśnie tej leniwej, niespiesznej poetyki języka. Ona pomaga się zwrócić razem z bohaterem w głąb siebie, żeby szukać odpowiedzi. Nie wiem, czy to zasługa pisarki, czy tłumacz ją „poprawił”. Mam nadzieję, że to zasługa obojga.
Potem była przerwa. Potem trochę „Dział Nawarony”, ale zniechęciła mnie gadanina A. Macleana. I wreszcie „Kirinyaga” M. Resnick’a. Może wciąż pod wpływem i wrażeniem jakie wywarło na mnie ostatecznie Ziemiomorze, przeczytawszy „Kirinyagę” stwierdziłam ,że mają tę cechę wspólną, że i w Ziemoimorzu i „Kiryniadze” mamy zabieg pewnej stylizacji zastosowany po to, żeby przybliżyć odbiorcy filozofię, kulturę, sposób myślenia z którym, prawdopodobnie, nie zetknął się do tej pory. Ponadto „Kiryniaga” ma w sobie coś z jednej z kwestii poruszanych w „Innych pieśniach” – siła przekonania jednego człowieka coś tworzy. W tym przypadku utopię. Tyle, że tak naprawdę ciekawe jest to, co się z nią dzieje później i dlaczego. Właściwie to ciągle zastanawiam się, gdzie był błąd. I dochodzę do wniosku, że nie było błędu. Tak to po prostu już jest. I nie żałuję. Nie ma co żałować. Stylizacja na przypowieść plemion afrykańskich – moim zdaniem – stanowi doskonałe wprowadzenie do takiego wniosku.
A obecnie w czytaniu „Do czytania pod prysznicem” Z. Kałużyńskiego. Z czystej sympatii dla autora i jego sposobu formułowania myśli. Ta narracja świetnie nadaje się do czytania na głos :)
_________________ "Bla bla pod burym bla bla żywopłotu Bla-blałem ją bla bla wśród ptasząt łopotu. W mokrej glinie łopatą wykopany dół, Jej bla-bla bla bla przebił osikowy kół." Shague Ghintoss by Jake Jackson ja odpuściłam sobie już dawno. wmk <rotfl>
|